W Ośrodek Dokumentacji Etnograficznej Powiat Wołomiński

Smaki nadbużańskie, czyli kuchnia znad Bugu, która karmiła i łączyła sąsiadów przez pokolenia

Kuchnia mówi o ludziach więcej, niż się na pierwszy rzut oka wydaje, bo pokazuje, jak żyli, co mieli i z kim sąsiadowali. Smaki nadbużańskie to kuchnia terenów nad Bugiem, gdzie przez wieki mieszały się wpływy różnych kultur i tradycji. Blisko było tu do sąsiadów zza rzeki, więc na jednym stole spotykały się potrawy, które przyszły z kilku stron naraz. Nie była to kuchnia wystawna ani wymyślna, tylko oparta na tym, co dawała ziemia, las i rzeka. Właśnie w tej prostocie tkwi jej siła, bo z niewielu składników gospodynie potrafiły zrobić posiłek sycący i smaczny. My w Ośrodku zbieramy te przepisy i zwyczaje, bo one nigdy nie były spisane, a przekazywano je z matki na córkę przy garnku.

Co jadano nad Bugiem i skąd się to brało

Podstawą dawnej kuchni regionu było to, co rosło w polu i w ogrodzie, więc królowały zboża, ziemniaki, kapusta i rośliny strączkowe. Ziemniak przyszedł później, ale szybko stał się fundamentem codziennego jadła i wchodził niemal do każdego posiłku. Do tego dochodziły produkty z własnego gospodarstwa, czyli mleko, sery, jajka oraz mięso, które jadano rzadziej i przy szczególnych okazjach. Rzeka dawała ryby, las grzyby i jagody, a łąki zioła, którymi doprawiano potrawy i leczono. Nic się nie marnowało, bo bieda uczyła oszczędności, a każdy skrawek jedzenia miał swoje zastosowanie. Chleb pieczono w domu na kilka dni, a jego czerstwienie też było przewidziane, bo z suchego pieczywa robiono kolejne dania. Ta zasada niemarnowania niczego to coś, czego dzisiejsza kuchnia mogłaby się od dawnej nauczyć.

Świąteczny stół wyglądał inaczej niż codzienny, bo wtedy pozwalano sobie na więcej i sięgano po to, co lepsze. Na Wielkanoc nie mogło zabraknąć jajek, o których więcej piszemy przy okazji pisanek, bo dzielenie się poświęconym jajkiem było ważnym momentem śniadania. Na Boże Narodzenie stawiano potrawy postne, a każda z nich miała swoje znaczenie i swoje miejsce w kolejności. Wesela i chrzciny rządziły się własnymi prawami, bo trzeba było nakarmić wielu gości, więc gotowano w wielkich garnkach na całą wieś. To właśnie przy takich okazjach najlepiej widać, jak kuchnia łączyła ludzi i budowała wspólnotę. Jedzenie nie było tu tylko sposobem na zaspokojenie głodu, ale też językiem gościnności i sąsiedzkich więzi.

Jak gotowano i dlaczego smakowało inaczej

Dawne gotowanie różniło się od dzisiejszego przede wszystkim czasem i cierpliwością, bo nikomu się nie spieszyło. Potrawy dusiły się długo w piecu albo na blasze, dzięki czemu nabierały głębi smaku, której nie da się osiągnąć w pośpiechu. Kwaszenie było jednym z najważniejszych sposobów przechowywania, więc kapusta, ogórki i inne warzywa czekały w beczkach na zimę. Sery robiono w domu z własnego mleka, a przepis na nie był w każdej rodzinie trochę inny i pilnie strzeżony. Doprawiano skromnie, bo przypraw z dalekich stron prawie nie było, za to hojnie sięgano po zioła z własnego obejścia. Tłuszcz pochodził najczęściej ze słoniny i smalcu, bo one były pod ręką i długo się przechowywały. Wszystko to razem dawało smak, który dziś nazwalibyśmy prostym, a który był po prostu prawdziwy i uczciwy.

Najczęstsze błędy przy odtwarzaniu dawnych potraw

Kiedy ktoś dziś próbuje ugotować dawną potrawę, popełnia zwykle kilka typowych pomyłek, które psują efekt. Najczęstsza to pośpiech, bo dania, które mają się dusić godzinami, przygotowuje się na szybko i wychodzą całkiem inne. Druga to zastępowanie prostych, lokalnych składników nowoczesnymi zamiennikami, przez co znika ten oryginalny charakter. Zdarza się też dokładanie zbyt wielu przypraw, których dawniej po prostu nie było, i wtedy potrawa traci swoją prostotę. Częstym błędem jest również lekceważenie proporcji i kolejności, bo w starych przepisach liczyło się, co i kiedy się dodaje. No i wreszcie łatwo zapomnieć, że wiele dawnych dań smakowało najlepiej odgrzewanych na drugi dzień, więc jedzone od razu wypadały gorzej. Kto o tym pamięta i nie skraca drogi na siłę, ten ma szansę poczuć smak, jaki znali nasi dziadkowie.

Po co dokumentować to, co się jadło

Można pomyśleć, że przepisy to nie jest temat dla etnografa, ale to nieprawda, bo w kuchni zapisana jest cała kultura. Sposób gotowania, dobór składników i zwyczaje przy stole mówią o warunkach życia, o wierzeniach i o relacjach między ludźmi. Kiedy ginie przepis, ginie z nim pamięć o tym, jak żyli konkretni ludzie w konkretnym miejscu, a tego nie da się odtworzyć. Dlatego rozmawiamy z gospodyniami, spisujemy to, co jeszcze pamiętają, i staramy się utrwalić także nazwy potraw w miejscowej mowie. Te nazwy prowadzą nas zresztą wprost do gwary mazowieckiej, bo jedzenie i język są ze sobą ściśle splecione. Jeśli w Waszej rodzinie zachował się stary przepis albo pamięć o dawnym gotowaniu znad Bugu, chętnie go zapiszemy. Warto też zajrzeć do działu o makatkach kuchennych, bo one wisiały dokładnie tam, gdzie ta cała kuchnia się działa, i razem opowiadają historię jednego domu.